Państwowa Inspekcja Pracy od lat jest instytucją, której znaczenie wykracza daleko poza urzędniczą fasadę. Choć formalnie ma stać na straży przestrzegania prawa pracy, w praktyce stała się jednym z głównych pól ideologicznego sporu o kształt rynku pracy i rolę państwa w relacjach między pracownikiem a pracodawcą. W tym sporze coraz wyraźniej zarysowuje się konflikt pomiędzy rządem Donalda Tuska a lewicą, która postrzega PIP jako kluczowe narzędzie walki z nierównościami i patologiami zatrudnienia.
Dla środowisk lewicowych inspekcja powinna być silna, wyposażona w szerokie kompetencje kontrolne i represyjne, zdolna do natychmiastowego reagowania na nadużycia ze strony pracodawców. Postulat zwiększenia liczby kontroli, podniesienia kar oraz rozszerzenia uprawnień inspektorów regularnie powraca w debacie publicznej jako element budowy państwa opiekuńczego. Z perspektywy Donalda Tuska i jego „liberalnego” (jeżeli zakładamy, że ostały się jakieś resztki starego Donalda Tuska), zaplecza politycznego taka wizja budzi jednak poważne wątpliwości. Nadmiernie rozbudowana Państwowa Inspekcja Pracy oznacza bowiem większą biurokrację, niepewność prawną dla przedsiębiorców oraz ryzyko paraliżu zwłaszcza małych i średnich firm, które już dziś funkcjonują w gąszczu przepisów. A pamiętamy przecież obietnice o deregulacji polskiej gospodarki, która miał być prawdziwą deregulacją, a nie zabawą, jak deregulacja z czasów Janusza Palikota.
Spór ten nie dotyczy więc wyłącznie samej instytucji, lecz fundamentalnego pytania o to, czy państwo ma być arbitrem dbającym o równowagę interesów, czy też nadzorcą ingerującym w każdą sferę życia gospodarczego.
A wiemy przecież z historii, że im większa narośl państwa w gospodarce, tym gorzej ta gospodarka działa. Więc, czy na pewno potrzebujemy pomocy państwa w walce o nasze prywatne interesy?
Tekst nie ma na celu nikogo urazić
Komentarze
Prześlij komentarz