Przejdź do głównej zawartości

MIĘDZY KARAIBAMI, A HAGĄ

       Na Arubie i Curaçao styczeń zwykle pachnie kremem z filtrem i pieniędzmi z turystyki. Tym razem pachnie niepewnością. W halach przylotów robi się ciszej, samoloty nie przylatują, a hotele zamiast kompletów rezerwacji liczą straty. Po drugiej stronie Morza Karaibskiego trwa niepokój i dochodzi do zmian w wyniku amerykańskiej operacja w Wenezueli, a jej echo dociera szybciej niż jakiekolwiek oficjalne komunikaty z Hagi.


Źródło: wikimedia commons https://commons.wikimedia.org/wiki/User:Wilfredor

Ekonomia strachu

    Holenderski rząd techniczny, złożony z zaledwie dwóch partii, oraz część opozycji mówi dziś językiem ostrożności. „Monitorujemy sytuację”, „apelujemy o deeskalację”, „priorytetem jest bezpieczeństwo obywateli”. To brzmi rozsądnie, ale na wyspach ABC (Aruba, Bonaire, Curaçao) rozsądek mierzy się w dolarach. Każdy dzień zamkniętego lub ograniczonego ruchu lotniczego to kolejne miliony strat dla lokalnych gospodarek, uzależnionych niemal całkowicie od turystyki. Według lokalnych analiz zamknięcie przestrzeni powietrznej kosztuje wyspy 18 milionów dolarów dziennie.


    Równolegle wraca stary lęk, dobrze znany na Arubie i Curaçao: migracja. Już wcześniej setki tysięcy Wenezuelczyków próbowały ucieczki przed kryzysem, a wyspy były dla wielu z nich pierwszym bezpiecznym lądem. Teraz pytanie brzmi nie „czy”, lecz „kiedy” i „w jakiej skali” kolejna fala spróbuje przeprawy przez kilkadziesiąt kilometrów morza. Aktualnie na tych trzech wyspach według szacunków lokalnych władz i organizacji humanitarnych co 4-5 mieszkaniec jest z Wenezueli.


    W Hadze ten niepokój przekłada się na polityczne przyspieszenie. Parlament przerwał świąteczną ciszę, a 8 stycznia odbędzie się debata z udziałem ministra spraw zagranicznych, poświęcona konsekwencjom kryzysu: bezpieczeństwu, migracji i stabilności Królestwa Niderlandów.


 Sojusz bez udziału

   Jest w tym wszystkim pewien dysonans, o którym mówi się półgłosem. Holandia oficjalnie podkreśla, że nie bierze udziału w amerykańskiej operacji wojskowej. Jednocześnie od kilku miesięcy umożliwiała Stanom Zjednoczonym korzystanie z baz wojskowych na Arubie i Curaçao. Formalnie, bez bezpośredniego zaangażowania w ataki. Politycznie, w roli sojusznika, który wie, że jego terytorium znajduje się na pierwszej linii ewentualnych konsekwencji. Pomimo różnych statusów – Aruba i Curaçao są niezależnymi krajami w ramach Królestwa Niderlandów, a Bonaire gminą Holandii – żadna z owych wysp nie należy ani do NATO ani do UE. Ich bezpieczeństwo całkowicie jest zależne od obecności marynarki, korpusu marines i lotnictwa królestwa.


    Ten rozdźwięk jest dobrze widoczny także w holenderskiej polityce wewnętrznej. Jedni podnoszą kwestie prawa międzynarodowego i braku mandatu ONZ, w tym kandydat na kolejnego premiera Holandii Rob Jetten z D66. Tylko lider PVV Geert Wilders całkowicie popiera amerykańską operację. Reszta mówi językiem wyczekiwania, jakby licząc, że sytuacja rozwiąże się szybciej, niż zdąży się wymknąć spod kontroli. Poza D66 tylko lewe skrzydło parlamentu krytykuje otwarcie USA – czy to za łamanie prawa międzynarodowego czy wręcz za pobudki imperialistyczne.


 Perspektywa wysp

   Na wyspach nikt nie ma luksusu takiego czekania. Tam wojna – nawet ta „nie nasza” oznacza puste plaże, odwołane loty, nerwowe spojrzenia w stronę morza i pytanie, czy spokój uda się utrzymać jeszcze tydzień, czy już tylko kilka dni. Geopolityka nie jest tam abstrakcją. Jest codziennością. Już wcześniej antyliańscy rybacy informowali o problemach z połowem ryb z obawy przed atakami amerykańskich sił na małe łodzie rybackie, których właściciele mieli przemycać narkotyki.


    Holandia znów musi zmierzyć się z faktem, że jest nie tylko europejskim państwem środka, ale też karaibskim krajem granicznym. I że decyzje podejmowane tysiące kilometrów dalej mają bardzo konkretne skutki na kilku niewielkich wyspach, które znajdują się zbyt blisko historii, by pozostać wobec niej obojętne.



Autor: Patryk Kulpok




Tekst nie ma na celu nikogo urazić.


Popularne posty z tego bloga

SAFE - ZAMACH NA NASZĄ SUWERENNOŚĆ

            N a platformie „X” doszło do potyczki słownej między europosłem PIS Danielem Obajtkiem, a rzecznikiem rządu Adamem Szłapką.  Chodziło o to, czy w programie SAFE znajdują się kamienie milowe. Rzecznik Szłapka zarzucił Danielowi Obajtkowi kłamstwo. Co innego mówi nam jednak zawartość uzasadnienia rządowego projektu ustawy.     Źródło: wikimedia commons Belgijska prezydencja w Radzie UE 2024 bez zmian Politycy koalicji rządzącej przekonują, że Polska powinna wejść do programu SAFE. Uzasadniają to ogromem korzyści, jakie będą nas czekały po skorzystaniu z unijnych pieniędzy.  Unia nie może dać pieniędzy, bo ich nie ma!  No właśnie, ale skąd Unia Europejska będzie pozyskiwać te mistyczne fundusze? SAFE to zwyczajny dług, a nie bezzwrotna dotacja . UE weźmie kredyt w wysokości do 150 mld euro (czyli ok. 630 mld zł). Pieniądze te będą następnie przekazywane państwom członkowskim, które będą musiały go spłacić. Na Pol...

WYGRANI I PRZEGRANI 2025 ROKU

       Źródło: wikimedia commons https://www.flickr.com/people/137643065@N06       J ako, że każdy robi podsumowanie tego roku nie możemy być gorsi, a więc oto nasz ranking trzech największych wygranych i trzech największych przegranych roku 2025. Wygrani: Miejsce 1 - Karol Nawrocki      Ten wybór wydaje się być oczywisty, Karol Nawrocki został prezydentem mimo tego, że tych wyborów wygrać nie mógł. Ciągle afery w czasie kampanii i do tego kontrkandydat który był uważany za pewniaka do wygrania tych wyborów od 2020 r. Oczywiście można powiedzieć, że wygrał minimalną przewagą, ale jednak wygrał, a teraz nie dość, że sondaże wskazują na wzrost jego poparcia, to wyrasta nam on na nowego przywódcę polskiej prawicy. Miejsce 2 - Grzegorz Braun      Po wyjściu/wywaleniu z Konfederacji wszyscy myśleli, że to koniec Grzegorza Brauna w polskiej polityce i będzie on skazany na spoczywanie w okolicy 3%, a jednak wybory prezyde...

TOWARZYSZ WŁODEK

   Źródło: wikimedia commons https://www.flickr.com/people/193098256@N08      W łodzimierz Czarzasty znów znalazł się w centrum politycznej burzy, tym razem po jednoznacznej odmowie poparcia Donalda Trumpa jako kandydata do Pokojowej Nagrody Nobla. Sprawa jest świeża, głośna i mocno symboliczna, bo dotyka nie tylko samego Trumpa, ale też stosunku polskiej lewicy do USA, globalnej polityki i aktualnego układu sił.      Po co to wszystko?      Czarzasty nie próbował kluczyć. Wprost stwierdził, że Donald Trump nie zasługuje na takie wyróżnienie i że nie widzi podstaw, by go w jakikolwiek sposób wspierać. Argumentacja była klasyczna dla lewicy: kontrowersyjna prezydentura, podważanie instytucji demokratycznych, konflikty międzynarodowe i styl polityki oparty na konfrontacji.      Formalnie wszystko się zgadza - Pokojowa Nagroda Nobla ma nagradzać działania na rzecz pokoju, dialogu i stabilizacji. Problem w tym, że w pol...