Gdzie w kwestii ukraińskiej jest miejsce dla polski ?

     

Źródło: AI

       Wyjazd premiera Donalda Tuska na Ukrainę to wydarzenie, które z pozoru wpisuje się w oczywisty dziś schemat polityki zagranicznej Polski, ale gdy zdjąć z niego warstwę oficjalnych komunikatów, zostaje sporo pytań bez odpowiedzi. 
Bo nie chodzi już tylko o sam gest solidarności, lecz o realne interesy państwa, koszty tej polityki i to, czy ktoś w ogóle jeszcze pilnuje polskiej perspektywy w tym wszystkim.
Od początku wojny Polska była jednym z najbardziej zaangażowanych krajów po stronie Kijowa. Pomoc wojskowa, logistyczna, finansowa, otwarte granice, miliony uchodźców. To fakty, z którymi nikt rozsądny nie polemizuje. Problem zaczyna się tam, gdzie za wielkimi hasłami nie idzie jasna strategia i gdzie zamiast rozmowy o bilansie zysków i strat słyszymy głównie moralne deklaracje. Wyjazd premiera do Ukrainy znów uruchamia ten sam mechanizm: dużo symboliki, mało konkretów.
Nie jest tajemnicą, że relacje Warszawy z Kijowem od miesięcy są napięte, szczególnie na tle rolnictwa, handlu i polityki historycznej. Ukraińskie zboże, które miało tranzytem przejeżdżać przez Polskę, realnie uderzyło w polskich rolników. Protesty były masowe, emocje ogromne, a reakcja państwa długo spóźniona. W tym kontekście pojawia się pytanie, czy premier jedzie tam także po to, by twardo upomnieć się o interesy własnych obywateli, czy raczej po to, by pokazać się na arenie międzynarodowej jako lojalny partner Zachodu.
Polityka zagraniczna nie jest konkursem sympatii ani festiwalem zdjęć. To gra interesów, w której sentymenty są dodatkiem, a nie podstawą decyzji. Tymczasem w narracji rządu często brakuje jednego kluczowego elementu: jasnego komunikatu, co Polska ma z tego wszystkiego w długim terminie. Jakie gwarancje bezpieczeństwa? Jakie kontrakty? Jakie realne korzyści gospodarcze po wojnie? I czy w ogóle ktoś po stronie ukraińskiej traktuje nas jako partnera, a nie tylko zaplecze logistyczne i polityczne?
Wyjazd premiera na Ukrainę ma też wymiar wewnętrzny. Dla części elektoratu to sygnał powrotu do „polityki europejskiej”, dobrze znanej z wcześniejszych lat rządów Tuska. Dla innych to obawa, że Polska znów ustawia się w roli państwa, które daje więcej, niż dostaje, licząc na dobre słowo w Brukseli albo Kijowie. Historia uczy, że takie rachuby często kończą się rozczarowaniem.
        Nie chodzi o to, by odwracać się od Ukrainy czy kwestionować sens pomocy w czasie wojny. Chodzi o proporcje i zdrowy rozsądek. Państwo poważne potrafi pomagać, jednocześnie twardo negocjując i pilnując własnych spraw. Jeśli wyjazd premiera ma być czymś więcej niż kolejnym dyplomatycznym rytuałem, to po jego zakończeniu Polacy powinni usłyszeć konkret: co załatwiono, co zabezpieczono i gdzie postawiono granice.
Bo polityka to nie tylko to, jak wyglądamy w oczach innych, ale przede wszystkim to, czy potrafimy działać w interesie własnego kraju. I właśnie pod tym kątem ten wyjazd warto oceniać, bez emocji, bez haseł, za to z chłodną kalkulacją.



Tekst nie ma na celu nikogo urazić.

Komentarze