Wiosna w polskiej polityce pachnie nie tylko bzem i skoszoną trawą, ale i wyborczym smarowidłem. A smarem tym, jak co roku, okazuje się portfel przeciętnego Kowalskiego, a konkretnie to, co w nim zostaje po wyjściu ze sklepu spożywczego.
Czarnek w obronie naszych portfeli?
Przemysław Czarnek stanął w Hali Mirowskiej — miejscu, które od lat jest odwiedzane przez polityków przed wyborami i ogłosił, że PiS składa projekt ustawy obniżającej VAT na żywność z 5 do 0 procent do końca 2026 roku. Trzy miliardy złotych w kieszeniach Polaków - tyle na tym zaoszczędzimy.
Trudno nie docenić teatralnego instynktu. Rząd Tuska ogłasza program „CPN" — ceny paliw niżej . Opozycja odpowiada: my wam to damy i dołożymy jeszcze tańsze zakupy. Klasyczna licytacja na targowisku, tyle że towarem jest przychylność wyborcy, a walutą obietnica.
Trzy miliardy złotych to pieniądze realne. Tylko że — i tu zaczyna się prawdziwa zabawa — PiS oblicza tę kwotę na podstawie wyliczeń samego rządu. Czyli, jak to ujął Czarnek: „według założeń naszych przeciwników politycznych, dziś rządzących". Innymi słowy: wierzymy waszym liczbom, choć nasze są lepsze, ale waszymi posłużymy się chętnie, kiedy nam pasuje.
I tu leży sedno tej historii. Nie w VAT-cie, nie w miliardach, nie nawet w cenach jedzenia. Leży w rytuale. W corocznym przedstawieniu pt. „Gdybyśmy rządzili, byłoby taniej" — wystawianym naprzemiennie przez wszystkich, którzy akurat siedzą w opozycyjnych ławach sejmu.
Tekst nie ma na celu nikogo urazić.
