Milena Adamczewska-Stachura, zastępczyni dyrektora Departamentu ds. Równego Traktowania w Kancelarii Premiera, została zwolniona 6 tygodni po tym, jak urodziła dziecko. To wszystko, oczywiście, w trosce o zachowanie równości.
![]() |
| Źródło: Roman Biernacki |
Prawa kobiet tylko w opozycji
Przypomnijcie sobie państwo, jak Platforma Obywatelska (teraz KO) w czasach swojego pobytu w opozycji tak troszczyła się o dobrostan i poszanowanie dla praw kobiet. Strajki, ośmiogwiazdkowe hasła, naklejki ze znakiem czerwonego pioruna naklejone w każdym miejscu, w którym dało się je nakleić - a teraz? Kancelaria premiera Tuska, tego samego, którego partia w opozycji robiła właśnie takie rzeczy, zwalnia swoją pracownicę 6 tygodni po tym jak rodzi ona dziecko. Przykład zawsze idzie z góry - tak jest też w tym przypadku.
Realne problemy
Słyszeliśmy też światłe tezy o tym, że Polki nie chcą rodzić dzieci bo nie mają dostępu do aborcji na żądanie. A może by tak zamiast próbować poprawić dzietność zezwalaniem na zabijanie dzieci, zacznijmy mówić o tym, że zajście w ciążę i urodzenie dziecka dla kobiety jest teraz prawie jednoznaczne z utratą pracy. To jest właśnie obszar, którym powinien zająć się rząd. Problem w tym, że tego nie robi, bo to temat mało popularny, który nie polaryzuje opinii publicznej i nie pozwala na zbijanie na nim kapitału politycznego, a przecież oto w tym wszystkim chodzi.
Prawda niestety jest taka, że strona, która lubi nazywać się „demokratyczną” o kobietach pamięta bardzo dobrze tylko w opozycji, albo na chwilę przed wyborami. Hasła o mistycznej równości przestają mieć znaczenie, kiedy dochodzą oni do władzy, wtedy kobiety są dla nich już niepotrzebnym narzędziem, które można odstawić daleko na półkę i wyjąć ponownie, gdy znów trzeba będzie wygrać wybory.
Tekst nie ma na celu nikogo urazić.
Tekst nie ma na celu nikogo urazić.
