Brzoza. Mgła. Cisza, którą przerwał huk, a potem znowu cisza – tym razem wieczna. Szesnaście lat temu o godzinie 8:41 czasu lokalnego samolot Tu-154M rozbił się w pobliżu Smoleńska, zabierając ze sobą 96 osób. Byli wśród nich Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Lech Kaczyński wraz z małżonką Marią, Szef Sztabu Generalnego WP, dowódcy wszystkich rodzajów sił zbrojnych, parlamentarzyści, duchowni, działacze społeczni i historycy. Delegacja leciała na uroczystości upamiętniające zbrodnię katyńską – mordowanie polskich oficerów przez NKWD siedemdziesiąt lat wcześniej. Los zakreślił koło z brutalną precyzją.
Katyń w tle
Symbolika tej tragedii jest niemal nieznośna w swej wymowie. Polska delegacja zmierzała oddać hołd ofiarom Katynia – miejsca, gdzie w 1940 roku sowiecki aparat bezpieczeństwa zamordował ponad 22 tysiące polskich obywateli: oficerów, lekarzy, inżynierów, prawników – elitę II Rzeczypospolitej. Teraz, w drodze do tego samego lasu, kolejne pokolenie polskich elit zginęło w katastrofie lotniczej na rosyjskiej ziemi.
96 istnień, 96 historii
Liczba 96 bywa wymawiana mechanicznie. Warto się przy niej zatrzymać. Każda z tych osób miała rodzinę, przeszłość, plany na przyszłość. Generał Franciszek Gągor – żołnierz, który swoją karierę budował przez dekady. Ryszard Kaczorowski – ostatni Prezydent RP na Uchodźstwie, człowiek, który przeżył zsyłkę na Sybir i dożył wolnej Polski. Wśród ofiar byli posłowie i senatorowie, biskup polowy Wojska Polskiego Tadeusz Płoski, prezes Instytutu Pamięci Narodowej Janusz Kurtyka, wybitni ekonomiści, prawnicy, społecznicy.
Rana, która się nie zamknęła
Katastrofa smoleńska okazała się wydarzeniem, które Polska przeżyła dwukrotnie – raz jako dramat narodowy, drugi raz jako przedmiot nieustającego sporu politycznego. Wspólna żałoba, która przez kilka dni łączyła kraj ponad podziałami, szybko ustąpiła miejsca wojnie narracji. Słowo „zamach" weszło do języka publicznego i nigdy go w pełni nie opuściło.
To jeden z najboleśniejszych wymiarów tej tragedii, że do dzisiaj nie wszyscy Polacy opłakują ją tak samo. Że groby ofiar stały się polem symbolicznych bitew. Że ekshumacje, raporty podkomisji i komisji, zeznania i kontrtezy przez lata karmiły polityczny spór, podczas gdy rodziny ofiar czekały na spokój, którego im nie dano.
Co zostało?
Zostały pomniki – w Warszawie, w Krakowie na Wawelu, gdzie spoczęli Lech i Maria Kaczyńscy, w dziesiątkach innych miast. Zostały coroczne uroczystości, które od lat są podzielone – dwa pochody, dwa mikrofony, dwie Polski przy jednej katastrofie.
Zostały opowieści rodzin – żon, mężów, dzieci, które dorastały bez ojców i matek. Zostały nagrania ostatnich rozmów, relacje świadków. Pozostały też pytania, na które odpowiedzi – pełne, satysfakcjonujące, wspólnie przyjęte, wciąż nie istnieją.
Szesnaście lat - czas na co?
Szesnaście lat to wiek, w którym człowiek zaczyna rozumieć przeszłość swoich rodziców. Dzieci urodzone w roku katastrofy są dziś nastolatkami. Dla nich Smoleńsk jest historią – ważną, ale cudzą, zapamiętaną z opowieści, nie z tamtego ranka przy telewizorze.
To naturalne przesunięcie perspektywy jest może najważniejszym wyzwaniem dla polskiej pamięci zbiorowej. Jak opowiadać o Smoleńsku kolejnym pokoleniom – bez instrumentalizacji, bez upraszczania, bez przemocy symbolicznej wobec ofiar i ich bliskich? Jak ocalić ludzki wymiar tej tragedii, kiedy polityczny nadal tak głośno krzyczy?
10 kwietnia 2010 roku zginęli ludzie. Konkretni, niepowtarzalni, kochani przez kogoś. Zanim zdążyliśmy w pełni pojąć rozmiar straty, stała się ona przedmiotem sporu, który trwa do dziś.
Może szesnasta rocznica to dobry moment, żeby choć na chwilę odłożyć spór i pamiętać po prostu. Nie w imieniu żadnej partii, żadnej narracji, żadnego obozu. W imieniu tych 96 osób, które tamtego ranka wsiadły do samolotu, żeby oddać hołd pomordowanym, i już nie wróciły.
Tekst nie ma na celu nikogo urazić.


