Siedemnastego kwietnia 2026 roku Ostatnie Pokolenie ogłosiło sukces. Planeta ocalona. Misja wykonana. Aktywiści chowają klej do kieszeni i kamizelki do szafy. Można by przyklasnąć, gdyby nie drobny szczegół: przez dwa lata przyklejali się do ulic, demolowali zabytki i blokowali drogi, a teraz twierdzą, że to właśnie dzięki nim rząd inwestuje w kolej. Brawo. Naprawdę brawo.
Zacznijmy od początku, bo warto przypomnieć sobie, z kim właściwie mieliśmy przez ostatnie lata do czynienia.
Ostatnie Pokolenie to organizacja zbudowana na jednej, prostej narracji: świat się kończy, a wy nic nie robicie. Ta narracja ma swoją określoną funkcję — paraliżuje racjonalną dyskusję, bo kto ośmieli się krytykować ludzi "walczących o przetrwanie ludzkości"? To sprytny mechanizm. Jeśli wszystko podporządkowane jest katastrofie, to każdy środek staje się uzasadniony. Demolowanie pomników? Uzasadnione. Blokowanie ambulansów na Wisłostradzie? Uzasadnione. Malowanie farbą zabytków? Koniecznie uzasadnione, bo planeta umiera.
Tylko że planeta, jak się okazuje, przestała umierać dokładnie wtedy, gdy
skończyły się pieniądze.
Syrenka i 360 tyś powodów do wstydu.
Wisłostrada. Przez pewien czas, regularnie, grupka ludzi w pomarańczowych kamizelkach uznawała, że ich prawo do "mówienia prawdy" jest ważniejsze niż prawo do przejazdu każdego, kto akurat jechał do pracy, do szpitala, na pogrzeb, po dziecko. Nikt ich nie pytał o zdanie w tej kwestii. Demokracja, owszem, ale tylko wtedy, gdy służy ich celom.
Potem była Syrenka. Symbol Warszawy. Miasta, które przeżyło wojnę, powstanie, zrównanie z ziemią i odbudowę. Tego symbolu nie oszczędzili. Straty oszacowano na ponad 360 tysięcy złotych. Nie są to pieniądze abstrakcyjne — to pieniądze warszawiaków, podatników, ludzi, którzy na co dzień mijali ten pomnik i uważali go za część własnej tożsamości. Aktywiści najwyraźniej uznali, że ich misja jest warta więcej niż cudza własność, cudza historia i cudzea wrażliwość.
Na tym polega jeden z fundamentalnych problemów z tym środowiskiem: kompletna niezdolność do zrozumienia, że inni ludzie mają swoje wartości, swoje priorytety i swoje życie, i że żadna „słuszna” idea nie daje prawa do ich deptania.
Najgłośniejsi, nie najskuteczniejsi
"Po dwóch latach najgłośniejszych w historii Polski protestów klimatycznych Ostatnie Pokolenie wypełniło swoją misję i ogłasza koniec działań" — czytamy w oświadczeniu.
Najgłośniejszych. Nie najskuteczniejszych, nie najbardziej przemyślanych, nie cieszących się największym poparciem społecznym. Najgłośniejszych. To bodaj jedyne uczciwe słowo w całym tym komunikacie, bo hałas był rzeczywiście imponujący. Na hałasie jednak zbudować trwałej zmiany się nie da, co zresztą najlepiej widać w samym oświadczeniu, które zamiast konkretnych sukcesów oferuje nam mglisty katalog zasług.
Rząd inwestuje w kolej? Rząd inwestuje w kolej od lat, bo tak działa polska polityka infrastrukturalna, niezależnie od tego, czy ktoś klei się do asfaltu, czy nie. Postulaty trafiły do projektów ustaw? Do projektów ustaw trafia w Polsce mnóstwo rzeczy — większość z nich nigdy nie wychodzi z komisji sejmowych. Trwa praca nad jakąś ustawą o odbudowie kolei? Prace nad ustawami trwają w tym kraju permanentnie.
Męczennicy od kleju
Ale mój ulubiony fragment oświadczenia brzmi tak: "Teraz chowamy klej do kieszeni, a kamizelki — do szafy. Ale to nie koniec. Kosztem sukcesu, który wspólnie odnieśliśmy, są toczące się sprawy sądowe. Za mówienie prawdy o katastrofie klimatycznej, za domaganie się sprawiedliwości społecznej, osoby mierzą się z grzywnami, które sięgają kilkudziesięciu tysięcy złotych."
"Za mówienie prawdy" — to jest naprawdę perełka retoryczna. Nie za niszczenie mienia. Nie za blokowanie ruchu. Nie za dewastację pomnika. Za mówienie prawdy. Gdyby sprawy sądowe dotyczyły wyłącznie głoszenia poglądów klimatycznych, byłoby to rzeczywiście skandalem. Ale nie — dotyczą one konkretnych czynów, konkretnych szkód, konkretnych naruszeń prawa. Nazywanie tego "represjami za mówienie prawdy" to zabieg tak cyniczny, że aż podziwiać trzeba bezczelność.
Ta retoryka ma oczywiście swoje zadanie: zrobić z wandali męczenników. Bo to narracyjnie wygodne. Jeśli jesteś prześladowany, to znaczy, że masz rację. Jeśli wymiar sprawiedliwości cię ściga, to znaczy, że system się ciebie boi. W ten sposób każda przegrana staje się dowodem słuszności, a żadna krytyka nie może przebić się przez pancerz ofiarnictwa.
Kogo tak naprawdę skrzywdzili?
Jest jeszcze jeden wymiar tej historii, rzadziej omawiany, a wart chwili refleksji: Ostatnie Pokolenie przez całą swoją działalność konsekwentnie alienowało ludzi, których mogło przeciągnąć na swoją stronę. Zwykłych pracowników, kierowców, rzemieślników, mieszkańców blokowisk płacących rachunki za prąd. Ludzi, którzy niekoniecznie są wrogami ekologii, ale którzy słusznie poczuli się potraktowani z pogardą przez grupę aktywistów blokujących im drogę do pracy. Ekologia jako temat ma w Polsce rosnące poparcie, ale to poparcie można skutecznie zniszczyć, jeśli twierdzi się, że reprezentuje się "lud", a jednocześnie demonstruje się głęboką obojętność na jego codzienne potrzeby.
Tekst nie ma na celu nikogo urazić.
