Aleksander Łukaszenka znów zabrał głos. I znów świat stanął przed tym samym, coraz bardziej przewidywalnym spektaklem: władca Białorusi grozi, zapewnia, ostrzega i uspokaja – wszystko w jednym zdaniu, przed kamerą Russia Today.
Tym razem przekaz był następujący: Białoruś nikogo nie zaatakuje. Ale jeśli ktoś zaatakuje Białoruś, to razem z Rosją odpowie "całością dostępnych środków". Sąsiedzi – Estonia, Łotwa, Litwa, Polska – niech się modlą, żeby do tego nie doszło. A przy okazji: armia jest gotowa do walki, bo kraj przygotowuje się do wojny. Ale Białoruś jest absolutnie przeciwna wojnie.
Łukaszenka jest mistrzem pewnego gatunku politycznej retoryki, który można by nazwać groźbą z klauzulą niewinności. Mechanizm jest prosty: najpierw kreślisz apokaliptyczny scenariusz odpowiedzi na agresję, potem zastrzegasz, że przecież do niczego nie dążysz. Słuchacz zostaje z obrazem nuklearnego grzyba nad Warszawą, ale formalnie nikt nikomu nie groził.
Narracja, propaganda i odwrócenie ról
To nie jest przypadkowa gadanina despoty przy mikrofonach. To przemyślany instrument. Mińsk i Moskwa od miesięcy budują wspólny przekaz, w którym Polska, a szerzej NATO – jawi się jako agresor szykujący atak na spokojnych Białorusinów i Rosjan. Każda polska decyzja obronna staje się w tej narracji "prowokacją". Każdy sojuszniczy manewr wojskowy to "eskalacja". A Łukaszenka, ostrzegając Tallinn, Rygę, Wilno i Warszawę, pozuje na odpowiedzialnego męża stanu, który jedynie daje szansę na deeskalację.
Będą w nas rzucać ziemniakami
Warto jednak przyjrzeć się temu, co Łukaszenka zrobił, a nie tylko temu, co powiedział. Kilka tygodni temu przeprowadził inspekcję armii – osobiście, z pominięciem Ministerstwa Obrony i Sztabu Generalnego. "Niespodziewanie", jak podkreślała państwowa agencja BiełTA. To szczegół, który zwykłemu czytelnikowi może umknąć, a który mówi dość wiele. Kontrola z ominięciem instytucjonalnej hierarchii wojskowej to albo głęboka nieufność wobec własnych generałów, albo sygnał demonstracyjny skierowany na zewnątrz – albo jedno i drugie. Wynik? "Są pewne niedociągnięcia, ale armia jest gotowa do walki."
Gotowa do walki. W kraju, który jest absolutnie przeciwny wojnie.
Polska w tym obrazku pełni rolę dobrze już oswojoną: jest straszakiem, jest usprawiedliwieniem, jest pretekstem. Gdy Łukaszenka wymienia sąsiadów, przed którymi "Bóg ma bronić", Warszawa pojawia się obok państw bałtyckich – jakby to właśnie stamtąd miała nadciągać jakaś horda. Nie pada ani słowo o tym, że to przez białoruskie terytorium w lutym 2022 roku ruszyły kolumny pancerne na Kijów. Nie pada słowo o tym, że Białoruś jest dziś wojskowym przyczółkiem Rosji.
Polska w tym obrazku pełni rolę dobrze już oswojoną: jest straszakiem, jest usprawiedliwieniem, jest pretekstem. Gdy Łukaszenka wymienia sąsiadów, przed którymi "Bóg ma bronić", Warszawa pojawia się obok państw bałtyckich – jakby to właśnie stamtąd miała nadciągać jakaś horda. Nie pada ani słowo o tym, że to przez białoruskie terytorium w lutym 2022 roku ruszyły kolumny pancerne na Kijów. Nie pada słowo o tym, że Białoruś jest dziś wojskowym przyczółkiem Rosji.
Narracja ma swoją logikę: im bardziej Polska rozbudowuje obronę wschodnich granic, im więcej sojuszniczych wojsk stacjonuje na jej terytorium, tym łatwiej przedstawiać ją jako agresora. To klasyczna technika odwrócenia ról. Ofiara, która się broni, staje się zagrożeniem. Napastnik, który oskarża, staje się ofiarą.
Czy warto się tym przejmować?
Przede wszystkim to, że słowa Łukaszenki nie zasługują ani na panikę, ani na wzruszenie ramionami. Zasługują na zimną analizę. Białoruś jest dziś państwem satelickim Rosji, ale satelitą, który ma własne interesy – przede wszystkim przetrwanie samego Łukaszenki. Ten człowiek boi się dwóch rzeczy: ukraińskiego zwycięstwa, które ośmieliłoby białoruską opozycję, oraz rosyjskiej przegranej, która mogłaby go zostawić bez parasola ochronnego. Balansuje między tymi lękami i wykrzykuje ostrzeżenia, bo ostrzeżenia kosztują mało, a robią wrażenie.
Przygotowujemy się do wojny – mówi. Jesteśmy absolutnie przeciwni wojnie – dodaje.
Być może Łukaszenka sam już nie wie, które z tych zdań jest prawdziwe. A może – co bardziej niepokojące – oba są prawdziwe jednocześnie.
Tekst nie ma na celu nikogo urazić.
