Anna Maria Żukowska, przewodnicząca klubu Lewicy w Sejmie, jest — jeśli wierzyć jej własnym deklaracjom, człowiekiem niestrudzonym. Tytanem pracy. W roku 2025 posłanka ta przemierzyła bowiem, zgodnie z rozliczeniami poselskimi, ponad 33 tysiące kilometrów w celach służbowych. To znaczy — średnio 90 kilometrów dziennie. Każdego dnia. W soboty, niedziele, święta, Boże Narodzenie i Wielkanoc włącznie. Rok w rok, kilometr w kilometr, przez okrągłe 365 dni.
Za tę niezmordowaną aktywność ruchową podatnik zapłacił Żukowskiej 38 tysięcy 181 złotych i 95 groszy. Grosz był zapewne symboliczny — żeby nikt nie pomyślał, że zaokrąglono w górę.
SIEDEM BIUR I ŻADNEGO SAMOCHODU
Tu zaczyna się część, którą można by zatytułować „Zagadka Sfinksa, wersja sejmowa”. Otóż posłanka, która przejechała tyle kilometrów co przeciętny przedstawiciel handlowy w intensywnym roku pracy, nie posiadała w 2025 roku samochodu. Przynajmniej według oświadczenia majątkowego.
Jak zatem jeździła? Taksówkami? Owszem — rozliczyła je na zawrotną kwotę 58 złotych. Pięćdziesiąt osiem złotych taksówek przy 38 tysiącach kilometrówek. To mniej więcej jeden kurs z Mokotowa na Żoliborz. Reszta trasy — tajemnica.
Posłanka szybko wyjaśniła, że jednak samochód miała — leasing z 2024 roku, poniżej progu wpisania do oświadczenia. Rozumiem. Czyli samochód był, tylko go nie było. Leasing istniał, ale był za tani, żeby go ujawniać. Wszystko się zgadza.
JEDYNA NA MAZOWSZU
Żukowska, odpierając zarzuty, sięgnęła po argument, który rozbrajałby każdego — gdyby nie był tak rozbrajająco wygodny. Jest mianowicie jedyną posłanką Lewicy na Mazowszu. Ma siedem biur poselskich. Musi jeździć po całym województwie. Ba, po całym kraju, bo mandat sprawuje się wszędzie.
Siedem biur poselskich w Warszawie i okolicach, a 90 kilometrów dziennie przez 365 dni? Mazowsze jest duże, przyznam. Ale nie aż tak duże, żeby uzasadniało trasę dookoła równika w rok.
Siedem biur poselskich w Warszawie i okolicach, a 90 kilometrów dziennie przez 365 dni? Mazowsze jest duże, przyznam. Ale nie aż tak duże, żeby uzasadniało trasę dookoła równika w rok.
LEWICA I PRZYWILEJE (CUDZE)
I tu dochodzimy do sedna sprawy, do tej jednej kwestii, która czyni całą historię nie tylko śmieszną, ale i moralnie obrzydliwą. Lewica — ta konkretna, sejmowa, z Żukowską na czele, jest formacją, która nieustannie, programowo i z rozkoszą tropi przywileje. Przywileje pracodawców. Przywileje przedsiębiorców. Przywileje „bogatych”. Każda ulga podatkowa dla kogokolwiek to według tej ideologii skandal, rabunek na ubogich, dowód na to, że system służy możnym.
A kilometrówki? Kilometrówki to zupełnie co innego. To się należy. To jest praca na rzecz ludu. To jest służba publiczna. 38 tysięcy złotych rocznie — bez paragonu, bez GPS-a, bez żadnej weryfikacji poza własnoręcznie wypełnioną ewidencją — to nie przywilej. To konieczność.
Gdyby prywatny przedsiębiorca próbował w ten sposób rozliczyć koszty uzyskania przychodu — bez dokumentacji, z kilometrówkami budzącymi zdrowe wątpliwości urzędu skarbowego, skończyłoby się kontrolą, korektą i być może czymś więcej. Poseł Rzeczypospolitej może jednak wpisać co chce. System mu ufa. My go finansujemy.
Żukowska jest w tej historii tylko twarzą problemu. Twarzą szczególnie ironiczną, bo należącą do formacji, która wie lepiej, jak wydawać cudze pieniądze. Ale problem jest systemowy, stary i głęboko zakorzeniony w przekonaniu, że mandat poselski to nie służba — to synekura.
90 kilometrów dziennie, 365 dni w roku, 38 tysięcy złotych z naszej kieszeni. Lud pracuje. Posłanka jeździ. I tłumaczy, że tak właśnie wygląda walka o równość.
Tekst nie ma na celu nikogo urazić.
