Waldemar Żurek, szef resortu sprawiedliwości Rzeczypospolitej Polskiej, człowiek, który dzierży w swych rękach majestat państwowego prawa, stanął przed mikrofonem Polsatu i oznajmił światu, że zamierza złożyć wniosek o ekstradycję Zbigniewa Ziobry.
Brawo! Jest tylko jeden drobny problem — minister nie wie, skąd go ekstradować.
Brawo! Jest tylko jeden drobny problem — minister nie wie, skąd go ekstradować.
![]() |
| Źródło: AI/Chat GPT + Zbigniew Ziobro |
Geografia się czasami przydaje
Nie jest to, przyznam, sytuacja, z którą prawo międzynarodowe spotyka się na co dzień. Zazwyczaj w procedurze ekstradycyjnej zakłada się, że strona wnioskująca wie przynajmniej w przybliżeniu, na którym kontynencie przebywa osoba ścigana. Żurek poszedł dalej — wie, że to Ameryka. Konkretniej: Stany Zjednoczone. Jeszcze konkretniej: być może Waszyngton. A może stan Waszyngton. A może inne z osiemdziesięciu kilku miejsc w tym rozległym kraju, które jakiś sentymentalny pionier postanowił nazwać imieniem Ojca Założycieli.
Dociekliwy dziennikarz Fijołek, wykonując swą pracę z godną podziwu cierpliwością, zwrócił ministrowi uwagę, że miasto Waszyngton i stan Waszyngton dzieli kilka tysięcy kilometrów. Minister przyjął tę informację geograficzną ze spokojem człowieka, który właśnie dowiaduje się, że Australii i Austrii jednak nie należy mylić.
Żurek powiedział, że Amerykanie "roztoczyli parasol ochronny nad Zbigniewem Ziobro". Nie zastanowił się jednak, dlaczego to zrobili i co można było zrobić, żeby się tak nie stało.
Nie bronię tu Ziobry — niechaj stanie przed sądem, jeśli sąd uzna, że ma ku temu podstawy. Bronię elementarnego standardu powagi instytucji państwowych. Jeżeli minister sprawiedliwości zapowiada ekstradycję, to wypada, by wiedział, a przynajmniej sprawiał wrażenie, że wie, czego i skąd żąda.
Tekst nie ma na celu nikogo urazić.
