Przez ćwierć wieku pszczyńska lodziarnia „Pod Dębem” robiła coś, co w normalnym kraju nie wymagałoby żadnego komentarza. Nagradzała dzieci, które ciężko pracowały, przykładały się do nauki i osiągały wyniki lepsze od rówieśników. Lody gratis za świadectwo z paskiem. Prosty gest, czytelny sygnał: wysiłek się opłaca, pilność jest wartością, osiągnięcia zasługują na uznanie. To wystarczyło, by wzbudzić niepokój Rzecznik Praw Dziecka.
Monika Horna-Cieślak, nominatka obecnej koalicji, wystosowała do właścicieli lodziarni pismo. Poinformowała ich, z właściwą urzędnikom powagą, że akcja „może potencjalnie naruszać prawa dziecka, generować nadmierną presję psychiczną, promować niezdrową rywalizację oraz prowadzić do wykluczenia rówieśniczego”. Gdyby ktoś chciał napisać satyrę na dzisiejszą, postępową władzę, trudno by mu przyszło wymyślić coś równie celnego. Rzeczywistość raz jeszcze okazała się sprawniejszym satyrykiem niż człowiek.
Urząd atakuje z ukrycia
Zacznijmy od rzeczy technicznej, bo ona sama w sobie jest pioruńsko wymowna. Rzecznik Praw Dziecka nie ma żadnej mocy decyzyjnej wobec prywatnego przedsiębiorcy. Żadnej. Może sobie apelować, pisać pisma, wyrażać „zaniepokojenie”, a właściciel lodziarni może tym pismem się podetrzeć i nic by mu nie zrobiono.
A jednak przedsiębiorcy zakończyli akcję. To nie jest tajemnica poliszynela, to otwarta, brutalna prawda o tym, jak działa polska władza. Każdy, kto prowadzi mały biznes, wie, że państwo dysponuje całym arsenałem inspekcji i kontroli, które w każdej chwili mogą uczynić z jego życia koszmar. Sanepid, skarbówka, PIP, nie dlatego, że faktycznie coś naruszył, lecz dlatego, że naraził się niewłaściwej osobie. Krakowskie bistro „Pod Blachą”, które karmiło zbierających podpisy pod referendum o odwołanie prezydenta Miszalskiego, już przekonało się, jak smakuje taka uważność państwa.
Pszczyńska lodziarnia jest racjonalna. Woli zawiesić akcję niż podjąć nierówną walkę z systemem. I właśnie ta racjonalność jest najsmutniejszym elementem całej historii.
Wokeizm w czystej postaci
Przejdźmy do meritum, bo interwencja pani rzecznik nie jest ani głupia przypadkowo, ani neutralna ideologicznie. Ona jest doskonale spójna z określoną wizją świata — wizją, którą można nazwać lewicowym egalitaryzmem albo, po prostu, wokeizmem.
Jej założenie jest proste: nikt nigdy, w żadnych okolicznościach, nie może poczuć się gorszy. Ponieważ zaś nagradzanie lepszych nieuchronnie stawia gorzej w cieniu, nagradzanie lepszych jest szkodliwe. Nagroda dla pilnego ucznia jest opresją wobec leniwego. Wyróżnienie jest stygmatyzacją. Sukces jest wykluczeniem.
Pani Horna-Cieślak nie zawraca sobie głowy konsekwencjami. Musimy zlikwidować oceny. Bo cóż, jeśli nie „nadmierną presję psychiczną” generuje szóstka postawiona obok trójki? Zlikwidujmy stypendia za wyniki. Zlikwidujmy konkursy kuratoryjne, olimpiady, wyróżnienia. Zlikwidujmy w ogóle pojęcie zasługi, bo każda zasługa kogoś wyklucza — tego, który jej nie ma.
Tekst nie ma na celu nikogo urazić.
