Przejdź do głównej zawartości

KRAKÓW NIE DLA KONFEDERACJI

Kandydat Konfederacji na prezydenta Krakowa Bartosz Bocheńczak nie znalazł się na oficjalnej liście osób startujących w przedterminowych wyborach. Powód jest prozaiczny i bolesny zarazem – zabrakło mu ważnych podpisów poparcia. Sprawa odbiła się szerokim echem w polskiej polityce, stając się przedmiotem drwin ze strony konkurencji i wewnętrznych rozliczeń w samej Konfederacji.

Wybory jako pokłosie referendum

Przedterminowe wybory prezydenckie w Krakowie są bezpośrednią konsekwencją majowego referendum, w którym mieszkańcy odwołali z urzędu Aleksandra Miszalskiego. Do czasu wyłonienia nowego prezydenta miasta obowiązki te pełni Stanisław Kracik. Pierwsza tura głosowania zaplanowana jest na 27 września, a druga – gdyby żaden z kandydatów nie uzyskał ponad połowy głosów – na 11 października.


Aby móc ubiegać się o fotel prezydenta Krakowa, każdy kandydat musiał zebrać co najmniej trzy tysiące ważnych podpisów poparcia mieszkańców miasta. Listy złożyło w sumie dwunastu pretendentów.


Podpisy zbierane do ostatniej chwili

Jak przekonywał sam Bocheńczak jeszcze pod koniec sierpnia, zbieranie podpisów było zadaniem trudniejszym, niż się spodziewano. Kandydat wskazywał, że mieszkańcy Krakowa niechętnie podawali swój numer PESEL, co wiązał między innymi z niedawnym wyciekiem danych medycznych i obawami o wykorzystanie tych danych choćby do zaciągania pożyczek na cudze nazwisko. W zbieranie podpisów zaangażowanych było ponad stu wolontariuszy.


31 sierpnia sztab poinformował, że udało się zgromadzić około 4,5 tysiąca podpisów, które miały trafić do Miejskiej Komisji Wyborczej. Formalny termin składania list poparcia upływał 3 września.


Weryfikacja, która przesądziła o wszystkim

Złożenie odpowiedniej liczby podpisów to jednak dopiero pierwszy krok – każdy z nich podlega następnie sprawdzeniu przez komisję wyborczą. To właśnie na etapie weryfikacji sprawa zaczęła się komplikować. Wśród najczęstszych powodów odrzucania podpisów komisja wymieniała między innymi adres niezgodny z faktycznym miejscem zameldowania, błędne dane osobowe czy brak daty złożenia podpisu.


    Po pierwszym przeliczeniu okazało się, że spośród złożonych podpisów ważnych było 2950 – wciąż 50 za mało względem wymaganego progu. Kolejne, ponowne liczenie w poniedziałek nie przyniosło poprawy. Ostatecznie Miejska Komisja Wyborcza podała, że na listach Bocheńczaka znalazło się 2878 poprawnych podpisów – zabrakło więc 122 do wymaganych trzech tysięcy.

Dla porównania, konkurująca o rejestrację Daria Gosek-Popiołek z Lewicy zebrała 3325 ważnych podpisów i bez trudu przekroczyła próg.


Oficjalna lista kandydatów

We wtorkowy wieczór Miejska Komisja Wyborcza ogłosiła ostateczną listę zarejestrowanych kandydatów. Znaleźli się na niej: Michał Drewnicki, Łukasz Gibała, Daria Gosek-Popiołek, Jan Hoffman, Michał Klimek, Aleksandra Owca, Monika Piątkowska oraz Sławomir Pietrzyk.

    
Rejestracji odmówiono natomiast czworgu kandydatom: Bartoszowi Bocheńczakowi, Marianowi Banasiowi, Stanisławowi Kułachowi oraz Marcie Ratuszyńskiej. Przewodniczący komisji Krzysztof Dyl przypomniał, że kandydatom przysługuje prawo odwołania się od decyzji – najpierw do komisarza wyborczego, a następnie do Państwowej Komisji Wyborczej – w ciągu dwóch dni od ogłoszenia decyzji.

   
Warto zaznaczyć, że problemy z formalnościami przy zbieraniu podpisów nie ominęły też innych sztabów. Łukasz Gibała ujawnił, że część jego podpisów odrzucono z powodu prostego błędu drukarskiego – na formularzu zabrakło słowa „Kraków" przy adresie, co przy braku dopisania go przez osobę podpisującą skutkowało unieważnieniem podpisu. W jego przypadku sztab zdążył jednak dozbierać dodatkowe dziewięć tysięcy podpisów i ostatecznie kandydatura została zarejestrowana.


Bocheńczak:”zawaliłem”

    Bartosz Bocheńczak nie próbował szukać usprawiedliwień ani wskazywać winnych. W opublikowanym oświadczeniu wprost przyznał się do błędu, podkreślając, że to on – a nie zaangażowani wolontariusze – ponosi odpowiedzialność za to, że nie zabezpieczono odpowiedniego zapasu podpisów ponad wymagane minimum. Podziękował osobom, które mimo pracy zawodowej i kosztem czasu wolnego angażowały się w zbiórkę, i przeprosił mieszkańców Krakowa, którzy udzielili mu poparcia i liczyli na możliwość oddania na niego głosu w wyborach.

Konsekwencje wewnątrz Konfederacji

    Porażka nie pozostała bez reperkusji personalnych. Lider Nowej Nadziei Sławomir Mentzen poinformował, że odwołuje Bocheńczaka z funkcji prezesa okręgu krakowskiego partii. Zawieszone zostały również wszystkie osoby pełniące funkcje w krakowskich strukturach, a ich sprawy trafiły do partyjnego sądu, który ma ustalić indywidualną odpowiedzialność za – jak to ujęto – „katastrofę".

Fala komentarzy i żartów (zasłużonych)

Nieudana rejestracja kandydata jednej z czołowych sił politycznych w kraju wywołała żywą reakcję sceny politycznej. Poseł Koalicji Obywatelskiej Robert Kropiwnicki ironizował, że ugrupowanie, które chętnie udziela pouczeń innym, samo nie poradziło sobie ze stosunkowo prostym zadaniem. Podobny ton przyjął europoseł KO Bartosz Arłukowicz, zwracając uwagę na sprzeczność między aspiracjami partii do przejęcia władzy w kraju a niepowodzeniem w zebraniu wymaganej liczby podpisów w jednym mieście.


Głos zabrali też politycy Prawa i Sprawiedliwości. Europosłanka Anna Zalewska sugerowała, że porażka Bocheńczaka może podważać wiarygodność sondaży dających Konfederacji wysokie poparcie. Wiceprezes PiS Tobiasz Bocheński, nawiązując do wcześniejszych wypowiedzi Mentzena, posłużył się dosadnym porównaniem partii do zdezorientowanego zwierzęcia biegającego bez celu. 


Co by o tej sprawie nie mówić, to nie jest to pierwszy raz, kiedy Konfederacja ma problemy natury organizacyjnej. Czy zatem możemy uwierzyć, że będą umieli oni zarządzać państwem, skoro mają problemy z własną partią?



Tekst nie ma na celu nikogo urazić.

Popularne posty z tego bloga

SAFE - ZAMACH NA NASZĄ SUWERENNOŚĆ

N a platformie „X” doszło do potyczki słownej między europosłem PIS Danielem Obajtkiem, a rzecznikiem rządu Adamem Szłapką.  Chodziło o to, czy w programie SAFE znajdują się kamienie milowe. Rzecznik Szłapka zarzucił Danielowi Obajtkowi kłamstwo. Co innego mówi nam jednak zawartość uzasadnienia rządowego projektu ustawy.     Politycy koalicji rządzącej przekonują, że Polska powinna wejść do programu SAFE. Uzasadniają to ogromem korzyści, jakie będą nas czekały po skorzystaniu z unijnych pieniędzy.  Unia nie może dać pieniędzy, bo ich nie ma!  No właśnie, ale skąd Unia Europejska będzie pozyskiwać te mistyczne fundusze? SAFE to zwyczajny dług, a nie bezzwrotna dotacja . UE weźmie kredyt w wysokości do 150 mld euro (czyli ok. 630 mld zł). Pieniądze te będą następnie przekazywane państwom członkowskim, które będą musiały go spłacić. Na Polskę miałoby przypaść 30 proc. całości budżetu, czyli 44 mld euro. Daniel Obajtek zarzuca, że zawarte w programie kamieni...

WYGRANI I PRZEGRANI 2025 ROKU

            J ako, że każdy robi podsumowanie tego roku nie możemy być gorsi, a więc oto nasz ranking trzech największych wygranych i trzech największych przegranych roku 2025. Wygrani: Miejsce 1 - Karol Nawrocki      Ten wybór wydaje się być oczywisty, Karol Nawrocki został prezydentem mimo tego, że tych wyborów wygrać nie mógł. Ciągle afery w czasie kampanii i do tego kontrkandydat który był uważany za pewniaka do wygrania tych wyborów od 2020 r. Oczywiście można powiedzieć, że wygrał minimalną przewagą, ale jednak wygrał, a teraz nie dość, że sondaże wskazują na wzrost jego poparcia, to wyrasta nam on na nowego przywódcę polskiej prawicy. Miejsce 2 - Grzegorz Braun      Po wyjściu/wywaleniu z Konfederacji wszyscy myśleli, że to koniec Grzegorza Brauna w polskiej polityce i będzie on skazany na spoczywanie w okolicy 3%, a jednak wybory prezydenckie i jego genialny (bo tak trzeba go nazwać), wynik pokazują nam, że polsk...

TOWARZYSZ WŁODEK

W łodzimierz Czarzasty znów znalazł się w centrum politycznej burzy, tym razem po jednoznacznej odmowie poparcia Donalda Trumpa jako kandydata do Pokojowej Nagrody Nobla. Sprawa jest świeża, głośna i mocno symboliczna, bo dotyka nie tylko samego Trumpa, ale też stosunku polskiej lewicy do USA, globalnej polityki i aktualnego układu sił.      Po co to wszystko?      Czarzasty nie próbował kluczyć. Wprost stwierdził, że Donald Trump nie zasługuje na takie wyróżnienie i że nie widzi podstaw, by go w jakikolwiek sposób wspierać. Argumentacja była klasyczna dla lewicy: kontrowersyjna prezydentura, podważanie instytucji demokratycznych, konflikty międzynarodowe i styl polityki oparty na konfrontacji.      Formalnie wszystko się zgadza - Pokojowa Nagroda Nobla ma nagradzać działania na rzecz pokoju, dialogu i stabilizacji. Problem w tym, że w polityce międzynarodowej liczy się nie tylko definicja, ale też moment i kontekst, a jest on na tyle ważny...